Drukuj
Aktualności

Indyjska Partia Ludowa (BJP) poszła daleko do przodu w porównaniu z jej rywalami. Przed wyborami wydawało się, że Indyjska Partia Ludowa będzie potrzebować zewnętrznych sojuszników, tymczasem okazało się, że nie dość, że zdobyli większość, to jeszcze mają więcej mandatów niż 5 lat temu. Wtedy mieli 282 mandaty, czyli 10 więcej niż potrzeba do samodzielnej większości, a teraz zdobyli 303.

 

Karolina W. Olszowska: Czy wynik wyborów w Indiach zaskoczył Pana?

Krzysztof Iwanek: W wynikach tych wyborów zaskoczyła mnie skala zwycięstwa dotąd rządzącej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP), partii premiera Narendry Modiego. Wszyscy spodziewali się, że utworzą rząd, pytanie brzmiało tylko, czy będą mieć samodzielną większość, czy większość osiągną ze swoimi sojusznikami, a może będą musieli do tego szukać wsparcia w regionalnych partach. Ja zakładałem tę trzecią opcję, mianowicie, że Narendra Modi zostanie premierem i to będzie jego rząd, ale że zdobędzie trochę mniej mandatów. Byłaby to dość normalna sytuacja, że po pięciu latach rządzenia powinna być widoczna erozja popularności rządu. Tutaj mamy do czynienia z inną sytuacją. BJP poszła daleko do przodu w porównaniu z jej rywalami. Przed wyborami wydawało mi się, że Indyjska Partia Ludowa będzie potrzebować zewnętrznych sojuszników, tymczasem okazało się, że nie dość, że zdobyli większość, to jeszcze mają więcej mandatów niż 5 lat temu. Wtedy mieli 282 mandaty, czyli 10 więcej niż potrzeba do samodzielnej większości, a teraz zdobyli 303.

 

K.O.: Jak Pan myśli z czego to wynika, że popularność partii rządzącej nie spadła, czy oni mają program, który bardzo trafia do mieszkańców Indii?

K.I.: Można postawić pytanie, na ile w ogóle jakiekolwiek programy wyborcze decydują o zwycięstwie. To wszystko nie do końca jest mierzalne. Na pewno jednym z ważnych czynników jest dostęp do finansów. Ostatnio zostały opublikowane dane, z których wynika, że partia rządząca dostała 96% wszystkich donacji od podmiotów prywatnych. Jest to obecnie najlepiej finansowana partia, ma ona więcej funduszy od podmiotów prywatnych niż wszystkie inne partie indyjskie razem wzięte. Dzięki temu mogą wydawać miliony dolarów na kampanię wyborczą. Kolejne czynniki są trochę trudniej mierzalne. BJP mistrzowsko panuje nad przekazem, świetnie prowadzi social media, premier jest dwudziestym najbardziej obserwowanym na Twitterze człowiekiem na świecie.

            Podczas ich kadencji było wiele problemów, ale myślę, że po pierwsze mieli więcej pieniędzy i potrafili rzucić tak ogromne siły na swoją kampanię, że opozycja miała niewiele do powiedzenia. Po drugie, oni potrafili przykryć te problemy swoją narracją, widać to na przykładzie protestów zubożałych rolników, które zostały w pewien sposób „przykryte” kwestią niedawnych napięć z Pakistanem, sprawiających, że rząd Modiego mógł się pokazać jako obrońca Indii. W sytuacji, która groziła wojną, stanął na wysokości zadania i bronił kraju. To oczywiście nie sprawia, że rolnicy mają więcej pieniędzy, czy że więcej młodych ludzi zaczęło mieć pracę, ale jeśli rząd i partia rządząca kontroluje narrację, to może skierować uwagę mediów na tematy bardziej dla siebie wygodne. Na sukces złożyły się więc pieniądze, kontrola narracji i ogromna charyzma premiera Modiego. Tego wszystkiego brakuje w opozycji, nie mają oni funduszy, pomysłów, trafiającego do wyborców programu, umiejętności koalicyjnych. Widać po wynikach, że partia rządząca i tak by wygrała, ale gdyby opozycja bardziej współpracowała, to mogłaby zabrać BJP część mandatów.

            Należy pamiętać, że w Indiach obowiązuje system ordynacji jednomandatowej. Jeśli mamy partię wiodącą, to inne partie muszą się zjednoczyć, żeby głosy na opozycję nie rozdzieliły się na różne partie. Tego zabrakło – gdyby partia rządząca miała zostać pokonana za pięć lat, to opozycja musi zjednoczyć siły.

 

K.O.: Skoro jesteśmy przy temacie opozycji, to chciałabym zapytać o drugą siłę w kraju, Indyjski Kongres Narodowy pod przywództwem Rahula Gandhiego. Czy nazwisko Gandhi już w Indiach nie przyciąga?

K.I.: Tak się wydaje. Znowu pojawia się ten problem, że ciężko to jest zmierzyć, ale wszystko co zobaczyliśmy w tych wyborach dokładnie na coś takiego wskazuje. Nazwisko Gandhi już nie jest magnesem. Tak na marginesie Rahul Gandhi nie jest potomkiem Mahatmy Gandhiego, tylko wnukiem Indiry Gandhi. Jednak nazwisko Gandhi symbolizuje pewną rodzinę polityczną, wręcz dynastię polityczną, która rządzi Indyjskim Kongresem Narodowym oraz spaja całą partię i koalicję zgromadzoną wokół tej partii i kojarzy się z pewnym rodzajem prowadzonej polityki. Takim typem neutralnym religijnie, socjalistycznym i to wszystko chyba rzeczywiście przestaje działać. Rahul Gandhi nie ma takiej charyzmy i takich zdolności politycznych jak premier Modi.

            Indyjski Kongres Narodowy w poprzednich wyborach zdobył 44 mandaty i to była klęska, zważywszy że w parlamencie indyjskim jest 545 miejsc, z czego 543 są wybierane. Teraz będą mieli 52 mandaty. Więc to jest w zasadzie podobny wynik jak pięć lat temu, czyli Indyjski Kongres Narodowy, który jest drugą siłą po BJP, miał sześć razy gorszy wynik niż partia rządząca. Rahul Gandhi powinien ustąpić i podobno było posiedzenie naczelnego ciała tej partii, na którym miał złożyć rezygnację, która nie została przyjęta. Szczegóły jednak nie zostały potwierdzone.

            Wracając do tego, co Pani zasugerowała, potwierdzeniem tego wydaje się przegrane głosowanie w okręgu Amethi, gdzie zawsze ktoś z rodziny Gandhi startował i wygrywał. Rahul Gandhi kandydował z tego okręgu, tak jak pięć lat temu, i przegrał z kandydatką BJP. Gdy w poprzednich wyborach przegrała z nim, pytano się ironicznie, kim ona jest, żeby mierzyć się z samym Gandhim, a pięć lat później to ona zwyciężyła. Co prawda w Indiach można kandydować z dwóch różnych okręgów, więc Gandhi wygrał w innym okręgu i do parlamentu wejdzie, ale sam fakt, że zdecydował się kandydować w innym okręgu, na drugim końcu Indii, pokazuje, że przewidywano, że może mieć problemy nawet w tym okręgu, gdzie historycznie rodzina Gandhi zawsze wygrywała. Więc ewidentnie jego nazwisko już tak nie działa jak niegdyś.

 

K.O.: Czy według Pana były jakieś kontrowersje związane z tymi wyborami? Wiem, że obawiano się głosowania za pomocą maszyn i opozycja twierdziła, że to jest sposób, żeby te wybory fałszować. Czy Pan uważa, że jest to naprawdę takie kontrowersyjne, a może jest to dobre rozwiązanie, jeśli chodzi o Indie?

K.I.:  Nie znam się na kwestiach technicznych, ale ujmę to tak: kontrowersje w sprawie elektronicznych maszyn do głosowania (Electronic Voting Machine) są od lat. Natomiast po pierwsze, mówiąc brutalnie, te kontrowersje zawsze zgłaszają przegrani i przegrani są różni. Gdy w jakichś wyborach dane partie przegrywały, to mówiły, że są jakieś problemy z tymi maszynami, jednak gdy te same partie wygrywały wybory, to twierdziły, że fałszerstw nie ma. Komisja wyborcza odpowiadając na te zarzuty w ostatnich latach mówiła nawet, że jeśli ktoś twierdzi, że te maszyny tak łatwo zhakować, to może spróbować. Zrobiono coś w stylu „dnia hakowania” i z tego co wiem nikomu się to nie udało. Nie jestem wstanie zweryfikować, czy te maszyny są „nie do ruszenia”, jednak należy pamiętać, że wprowadzane są one w Indiach od dawna, na coraz większą skalę. Teraz w zasadzie już w każdym okręgu wyborczym w Indiach one są, nigdzie nie używa się już kart papierowych. W tym sensie Indie są znacznie do przodu w porównaniu do Polski. Natomiast jedyny typ głosowania, gdzie nie używa się tych maszyn, to głosowanie korespondencyjne, ale stanowi ono znikomą liczbę głosów. To oczywiście nie znaczy, że te maszyny są bardziej bezpieczne, ale w skali mikro łatwiej sfałszować papierowe karty do głosowania. Mając taki system jak w Polsce wystarczy, że ktoś po mnie doda krzyżyk w jakimś innym miejscu, niż ja wstawiłem i mój głos już jest nieważny. Więc te elektroniczne maszyny do głosowania pozwalają raczej na fałszerstwa na skalę masową, gdyż kto kontroluje wybory, może sobie je w całości ustawić pod siebie. Jednak czy tak się stało, tego nie wiemy. Rzeczywiście były kontrowersje, twierdzono, że odnajdywano maszyny, gdzie cokolwiek by się nacisnęło to i tak wygrałaby partia rządząca, twierdzono, że odnajdywano całe ciężarówki już przestawionych tych maszyn. Jednak tak naprawdę niczego z tego nie jestem wstanie zweryfikować. Zarzuty były, ale też należy pamiętać, że zarzuty, które wysuwano wobec używania tych maszyn w poprzednich wyborach, nie zostały udowodnione.

 

K.O.: Na koniec chciałabym zapytać o politykę zagraniczną. Znamy już styl rządzenia partii, która wygrała wybory. Czego możemy się w takim razie spodziewać w polityce zagranicznej?

K.I.: Należy oczekiwać przede wszystkim kontynuacji tego, co widzieliśmy dotąd. To można prognozować na podstawie samych wyborów, bo wygrali ci sami co ostatnio, nawet mając jeszcze większą przewagę. Nie pokazuje to jednak dokładnie tego, w jaką stronę może ta polityka pójść. Po poprzednich wyborach wygrała koncepcja koncyliacyjna wobec Pakistanu. Premier Pakistanu został zaproszony na zaprzysiężenie premiera Modiego. Wszystko to spełzło na niczym w drugiej części kadencji Modiego. Tak mniej więcej od 2016 roku mieliśmy silne napięcia na linii Pakistan-Indie i z tego co wiemy po tych wyborach obaj premierzy przeprowadzili ze sobą tylko krótką rozmowę telefoniczną. Nie ma też planów, żeby zaprosić ponownie premiera Pakistanu na zaprzysiężenie Modiego. Rząd zrezygnował z koncyliacyjnej polityki, ale też nie będzie zmierzał w kierunku konfliktu. Nie należy zapominać, że obie strony mają arsenał nuklearny i biorąc to pod uwagę, żadna nie może chcieć otwartego konfliktu. Indie pozostaną zawieszone między pełną koncyliacją a bardzo agresywną postawą wobec Pakistanu. Na pewno będą to relacje chłodne i myślę, że po ostatnich doświadczeniach zamachów terrorystycznych i odpowiedzi Pakistanu na ataki Indii nie należy się spodziewać, aby Modie dążył do polityki koncyliacyjnej względem Pakistanu.

            To jest jeden kierunek, drugim są Chiny i tutaj jest trudniej mi przewidywać. Przede wszystkim dlatego, że Chiny są znacznie potężniejsze niż Indie. Co za tym idzie Indiom (bez względu na to, kto byłby premierem) brak jest narzędzi, aby stanowczo przeciwstawić się Chinom. Przewaga gospodarcza i militarna Chin nad Indiami jest ogromna. W ciągu swojej pierwszej kadencji Modi podjął próbę polepszenia i ocieplenia stosunków z Chinami i to również wydaje się nie przyniosło większych rezultatów. Jednak raczej nie będzie prowadził polityki agresywnej w stosunku do Chin, bo nie ma ku temu środków. Trudno powiedzieć, czy będzie czynił jakieś bardziej przyjazne gesty. Druga kadencja Modiego przypada na ciekawsze czasy niż pierwsza, bo wyraźnie widać rosnące napięcia na różnych płaszczyznach między USA a Chinami i to jest rzeczywistość, w której nowy rząd Modiego będzie musiał podejmować pewne kroki. Już od kilku lat widać, że Indie orientują się coraz bardziej na Stany Zjednoczone i jest to bardzo świadoma polityka. Myślę, że w kwestii Chin będzie się pogłębiała współpraca indyjsko-amerykańska na obszarze Oceanu Indyjskiego, gdzie obie strony mają interes w powstrzymywaniu wpływów chińskich.

            Natomiast myślę, że Indie nie opowiedzą się jednoznacznie po stronie Amerykanów, ale będą po ich stronie wtedy, gdy będzie im to pasowało. Taka postawa wydaje się bardzo naturalna ze strony Indii. Modi będzie na pewno zabiegał o większą współpracę z USA, ale będą też trudne sytuacje. Ogłoszenie wyników wyborów zbiegło się z ogłoszeniem informacji, że Indie przestały importować ropę z Iranu, tym samym realizując de facto żądania amerykańskie. W maju dopełnił się ten okres, w którym różne państwa mogły wygasić swoją współpracę z Iranem, aby uniknął amerykańskich sankcji. Indie znalazły się w grupie tych państw, które ropę z Iranu przestały importować, ale to nie jest w interesie Indii. Iran jest blisko, ropa z Iranu jest stosunkowo tania, a Indie muszą patrzeć na cenę, Myślę więc, że Indie zrobiły to niechętnie. Jest to jeden z tych aspektów, gdzie rząd w Delhi chciałby prowadzić politykę niezależną od polityki amerykańskiej i oni jakoś muszą podzielić te cele, które są wspólne, jak stabilizacja w Afganistanie czy powstrzymanie wpływów chińskich, z takimi, które są rozbieżne, jak kupowanie przez Indie dużej części uzbrojenia z Rosji czy współpraca USA z Pakistanem. Najbardziej problematyczna jest jednak relacja z Iranem, gdyż Stany Zjednoczone zaostrzyły politykę względem tego państwa, a Indie mają z nim wspólne cele gospodarcze i wolałyby tą współpracę zacieśnić. W kwestii tematów trudnych muszą wypracować jakiś kompromis.

            Indiom groziły trzy rodzaje sankcji ze strony USA: pierwsza za podpisanie umowy o kupnie rosyjskiego systemu S-400, za uczestniczenie w rozbudowanie portu w Iranie oraz za zakup irańskiej ropy. Widać tutaj za każdym razem rozbieżność interesów Indii i Stanów Zjednoczonych. W pierwszej kwestii nadal czekamy na decyzję Trumpa, w drugiej Amerykanie ustąpili, w trzeciej to Indie ustąpiły i można się spodziewać, że takich kwestii będzie w przyszłości więcej, zwłaszcza jeśli Amerykanie będą zaostrzać swą politykę względem Pekinu i państw na Bliskim Wschodzie (takich jak Iran).

            Podsumowując: Indie będą chciały być neutralne, będą chciały być przy tym partnerem Amerykanów i nie znaleźć się w obozie chińskim. Natomiast równolegle Indie nie będą miały jeszcze przez dziesięciolecia możliwości stać się taką trzecią siłą, która będzie w stanie prowadzić własną, niezależną politykę. Będą musiały orientować się na kogoś i pewnie będą się bardziej orientować na USA, ale bez konfrontacyjnej polityki wobec Chin, bo wiadomo, że taką bezpośrednią konfrontację by przegrały.

 

K.O.: Dziękuję bardzo za wyczerpujący komentarz.